3 Lipiec 2011 r., 23:05, 23:07, 23:09

Tak naprawdę cały okres ciąży był bardzo spokojny, leżenie, krótkie spacery, aż czasem mnie to denerwowało że muszę się tak oszczędzać. A przecież z natury jestem wulkanem energii. Oczywiste było, że nie dotrwam do 40 tygodnia ciąży, profesor od same początku mówił : „dziewczyno do 33 tygodnia daj radę”,  ja wyznaczyłam sobie że muszę dotrwać 35 tygodnia, ale niestety jedna z moich córek czyli Zuzia chciała inaczej. Postanowiła przywitać się ze światem już w 31 tygodniu. Niestety poród zaczął się w piątek wieczór, a żadnego z lekarzy z mojego oddziału nie było. Po KTG lekarz dyżurny stwierdził, że dziecko rośnie i nic się nie dzieje. Mam być spokojna, więc starałam się być. Jakoś przetrwałam noc. Modliłam się tylko : „Boże proszę Cię niech one tam jeszcze siedzą i niech jeszcze urosną, są jeszcze za maleńkie, jeśli Ty na to pozwolisz będę twarda i dam radę.” Bóg mnie wysłuchał, jeszcze całą sobotę i niedziele moje dzieci mieszkały u mnie w brzuchu. Sobota była ciężka skurcze co 8 minut, miejsca nie mogłam sobie znaleźć, nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to już blisko rozwiązania.  Noc z soboty na niedzielę była koszmarna, Zuzia cały czas nikła na KTG, powód? rośnie! Dostałam kroplówki przeciw skurczowe, ale nie pomagały, w końcu podano mi coś, co uciszyło skurcze i zamknęłam oczy na 3 godziny. Dobrze, że nie zamknęłam ich na zawsze, ponieważ przy mojej arytmii serca nie powinnam była dostać takiego mocnego środka. Jednak ta kroplówka pomogła na jakiś czas.  Przecierpiałam całą niedzielę, a mój mąż razem ze mną przy moim łóżku. Koło 17 zostałam już sama, bo W… pojechał do domu, a ja powtarzałam sobie, Boże muszę wytrzymać do jutra, jutro będzie profesor i postanowimy co dalej. Poszłam się wykąpać, ale wracając z łazienki wiedziałam już że ta noc skończy się niestety inaczej, skurcze się nasiliły i nie byłam w stanie zrobić kroku, czop śluzowy już w kolorze zielonym zaczął odchodzić. Siostra dyżurująca przybiegła mi z pomocą, zadzwoniła na salę porodową i wtedy usłyszałam słowa których nie chciałam tego wieczora usłyszeć ; „Jedziemy na porodówkę”. Pamiętam jak czekałyśmy na windę i mówiłam do siostry : ” Ja tu zaraz wrócę”, niestety jej wzrok mówił co innego. Przyjechałyśmy na porodówkę, lekarze dyżurujący zajęli się mną od razu, podczas badania padły słowa które mną wstrząsnęły, a głos lekarki do dziś słyszę w moich uszach ” szew na szyjce macicy się zsunął, główka w kanale, rób USG i sprawdź czy jest co wyciągać” NIGDY nie zapomnę tych słów.  Badanie USG trwało dla mnie wieczność, a tak naprawdę było to najszybsze USG podczas mojej całej ciąży, wskazywałam tylko miejsca na brzuchu gdzie pisały się dzieci na KTG. Wszystkie serduszka biły! Momentalnie trafiłam na stół, szukano we mnie szwu okrężnego a dopiero potem mnie znieczulono, chyba nie muszę opisywać co wtedy przeżyłam, zaciskanie łóżka i krzyk nie pomagał w uśmierzeniu tego koszmarnego bólu. Zaraz po zerwaniu  szwu, dziecko zaczęło samo lecieć, ułożono mnie w pozycji głowa w dół, nogi w górę, żeby zdążyć mnie znieczulić i rozpocząć cesarkę. Znieczulenie było wtedy dla mnie zbawieniem, kompletnie nic mnie nie bolało, widziałam tylko jak cały personel medyczny gonił przy mnie, podając sobie narzędzia. O 23:05  miałam przy buzi Zuzie (1500g), bardzo płakała, nigdy nie zapomnę ciepła które od niej wtedy biło, była taka cudowna, piękna, o 23:07 była już Tosia (1300g) a o 23:09 Lenka (1320) (która zresztą miała być Stasiem przez okres ciąży). Niestety Tosi i Lenki mi nie pokazano, musiały od razu trafić do inkubatora. Płakałam i dziękowałam Bogu za Moje córki, nie jestem w stanie opisać słowami uczucia jakie wtedy we mnie się obudziło! Ale jednocześnie mnóstwo pytań, czy mają rączki? wszystkie paluszki? czy zdrowe?, i czy będą żyć?, przecież tak wcześnie się urodziły i są takie maleńkie.

10 Replies to “3 Lipiec 2011 r., 23:05, 23:07, 23:09”

  1. Takie malutkie, a tak naprawdę duże wcześniaczki! Super, że udało się dotrwać aż do 31 tc – z trojaczkami, nie lada wyczyn (ja z dwójką dociagnęłam do 32). Ale co się namartwiłaś i nastresowałaś to Twoje…

  2. piękny opis :0 aż się wzruszyłam 😉 a ja myślałam że moja ciąża bliźniacza to jakaś ironia losu dla moich 43 kg i 159 cm , ale widzę że może byc jeszcze zabawniej 😉 Powodzenia! Twoje panienki już duże więc juz z górki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *