W rytmie szpitala
Zazwyczaj zaczynałam od sali Tosi i Lenki, ponieważ był on zaraz przy drzwiach wejściowych, ale któregoś dnia poszłam najpierw na oddział do Zuzi. Wchodzę… i serce zaczęło dudnić, momentalnie łzy napłynęły do oczu, miejsce gdzie stał inkubator naszej Zuzi jest puste. Wpadłam od razu w panikę, co się stało z moim dzieckiem? Pani pielęgniarka, która zobaczyła moją reakcję po wejściu, natychmiast podeszła i poinformowała, że nasza Zuzia jest już na sali razem ze swoimi siostrami! Kamień spadł mi z serca po jej słowach, już bałam się że coś się stało z naszą kruszynką. Po wejściu do ich pokoiku popłakałam się ze wzruszenia. Leżały koło siebie, każda w swoim inkubatorku, śpiące spokojnie moje córeczki. Tak strasznie się cieszyłam, że mam już je w jednej sali, że nie będę musiała patrzeć na zegarek czy Zuzia nie jest pokrzywdzona, bo siedziałam 5 czy 10 minut krócej niż u dziewczynek, że mamy swój maleńki zielony pokoik, w którym teraz będziemy sobie żyć, same tak blisko siebie. Siostry z oddziału pokazały mi jak przebierać dziewczynki, byłam w szoku jak maleńki potrafi być pampers, nawet ten „0” był za duży. Bardzo bałam się podczas przebierania, że coś im zrobię, jakąś krzywdę, miały pełno kabelków podpiętych do swojego ciałka, obawiałam się, żeby przypadkiem któregoś nie odpiąć. Byłam pełna podziwu, jak pielęgniarki operują przy takich maleńkich człowieczkach. Czasem to nawet myślałam, że robią to zbyt pewnie, ja każdy ruch przemyślałam ze trzy razy zanim go wykonałam. Bardzo dużo nauczyły mnie siostry z oddziału, miewałam słabsze dni, wtedy od razu stawiały mnie do pionu, że nie mogę płakać, bo one doskonale czują mój nastrój i też będą niespokojne. Czasem miałam już naprawdę dość tej całej aparatury, która pikała, tych diod które migały, tego całego sprzętu, który bardzo mnie stresował. Któregoś dnia przyszła do mnie młoda dziewczyna z ankietą, pytania które w niej się znajdowały dotyczyły stanu psychicznego matki dziecka które znajduje się na oddziale neonatologicznym. Powiedziała, że jeśli czuję potrzebę to przy oddziale jest pani psycholog i zawsze mogę z nią porozmawiać. Nie skorzystałam z pomocy pani psycholog, siłę do tego aby przetrwać ten czas dawały mi moje córeczki, mąż i moje drogie mamy o których wspomniałam w poprzednim poście. A jeśli mowa o mamuśkach to nie zapomnę tych naszych spotkań w pokoiku 🙂 Było momentami tak wesoło, że ktoś stojący obok, nie pomyślałby, że jesteśmy mamami wcześniaków, które leżą na oddziale. Pamiętam te nasze wypady na obiad i zastanawianie się nad menu, co możemy a czego nie możemy zjeść 🙂 Oczywiście ja czasem się wybijałam i zamawiałam kotleta schabowego z frytkami 🙂 Min dziewczyn nie zapomnę chyba nigdy 🙂 Prawie wszystkie cierpiałyśmy z powodu zastojów w piersiach, oszz ale to był ból, nie raz ratowałam się kapustą, kwaśnym mlekiem, masażami, prysznicem, zmianą pozycji podczas odciągania mleka. Czasem spotykałyśmy się w naszym pokoiku i rozpoczynałyśmy od słów „Baby, ale mam kamień” albo ” Ledwo żyje pół nocy walczyłam z zastojem” Chyba najczęściej kamienie miała Ewka, a najmniej Justyś, Ja z Madzią po równo, przynajmniej raz na tydzień. I tak powstał „KAMIENNY KRĄG”