Bliskość…

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba dopiero pod koniec pierwszego tygodniu życia naszych córeczek, zaczęliśmy kangurowanie. Panie pielęgniarki  wyjmowały dziewczynki z inkubatora i kładły  na naszej klatce piersiowej, tak aby zapewnić blisko kontakt ich skóry z naszą. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie ciało w ciało, byłam strasznie przejęta tym , że w końcu wezmę je na ręce, czule przytulę, poczuje ich zapach, ciepło i zapewnię im poczucie bezpieczeństwa, aby choć na chwilkę mogły zapomnieć o inkubatorze, badaniach. Pani pielęgniarka wchodząc do naszego pokoiku powiedziała – „rodzice gotowi”? My zdziwieni, o co jej chodzi, mówimy – „ale na co?” a ona na to, że dziś nadszedł dzień w którym wyciągniemy dziewczynki z inkubatorów i będzie tulenie. Pierwsze co do niej powiedziałam – „a możemy tak?, nic im się nie stanie jak opuszcza swoje cieplutkie domki?” Pani powiedziała, że na chwilkę możemy i owiniemy je w kocyki. Cała się trzęsłam, w sumie nie wiem czemu, czy ze strachu czy z emocji jakie we mnie wtedy były. Pani wyciągnęła najpierw Zuzię, owinęła ją w polarek i powiedziała – „proszę tato”. Widziałam jaki był przejęty tym faktem, że trzyma swoja córeczkę. Widok – bezcenny! Zawsze marzyłam o tym, żeby widzieć go takiego szczęśliwego, trzymał ją i mówił do niej, że jest u niego na rączkach i żeby się nie bała, bo on sam jest w strachu. Ten obraz zostanie w moich myślach na zawsze, obraz  uciszonego i spokojnego maluszka i kochającego ojca, który z wielkim wzruszeniem trzyma swoją Kruszynkę. Przyszła kolej na mnie, pani wyciągnęła Lenę, opatuliła kocykiem i dała mi w ramiona. Cała drżałam z przejęcia, przytuliłam ją do siebie i szeptałam do jej uszka. Była taka cieplutka, i taka maleńka, a jej oczka patrzyły w moje, mogłabym wtedy trwać w tej chwili jeszcze długi czas. Otworzyłam okienko od inkubatora Tosi, wzięłam książkę z bajkami i czytałam na głos. Po chwili, przyszła do nas znów pielęgniarka, i mówi – mama teraz kolej na trzecią córcie, ale Tosie tylko na chwilkę, bo nie możemy jej przemęczać, musi dojść do siebie po infekcji. Z wielkim bólem serca oddałam Lenkę i wzięłam Tolę, żałuję że nie mogłam mieć obu na rękach, bo tak to zawsze jedna  z nich musiała bym „pokrzywdzona” i zostać w inkubatorze. Tosia patrzyła na mnie swoimi brązowymi koralikami i po chwili zasnęła, cieszyłam się, że czuje się w moich ramionach bezpiecznie i tak spokojnie usnęła. Czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa, poczułam się im potrzebna, to kangurowanie dodało mi poczucia wartości jako „matce” i jeszcze więcej siły.          

Zuzia w objęciach taty

Maleńka Lenka w ramionach mamy

Krótka drzemka Tosi na kolankach mamy

4 Replies to “Bliskość…”

  1. Ja również czekam niecierpliwie na kolejny post, trzymam mocno kciuki za kruszynki .. Trzymajcie się, jesteście niesamowice dzielni, pozdrawiam.

Skomentuj Anonymous Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *