
Szkoła przetrwania
Czasem tak bywa w życiu matki, że jak już uda się jej wyrwać z codziennego wiru obowiązków, to zdarzy się coś …., co zapamięta do końca życia i tak było w moim przypadku.
Dzięki temu, że mój mąż wspaniale zajmuje się dziewczynkami wiem, że bez żadnych obaw, mogę pojechać nawet na koniec świata. Nie muszę non stop dzwonić i pytać: Co tam?, bo on opanowuje nasze trio bez problemu. Dlatego też ja, mama, w miniony poniedziałek ze spokojną głową pojechałam na wycieczkę.
Plan dnia był piękny. Miałam wyjechać o godzinie dziesiątej z miejsca zamieszkania i po dwóch godzinach opalać się na tratwie podczas spływu przełomem Dunajca ze Sromowiec Niżnych do Szczawnicy. No właśnie, miałam.
Od ponad dwóch tygodni nie spadła u nas kropla deszczu, była piękna słoneczna pogoda z temperaturą ponad trzydzieści stopni. Poniedziałkowy poranek przywitał mnie czarnymi chmurzyskami, ale ze mnie urodzona optymistka i pomyślałam, że zaraz się rozpogodzi i spędzę wspaniały dzień. Kiedy dojechaliśmy do przystani, niebo podzieliło się na dwie części: po jednej stronie był błękit, a po drugiej czarne chmury. Nikomu jednak nawet nie przyszło do głowy, aby spływ odwołać.
Wszystko było pięknie, zajęłam miejsce na tratwie i po chwili wyruszyliśmy. Flisak opowiadał, co nas otacza, zaczęliśmy śpiewać góralskie przyśpiewki, aż tu nagle… tak walnęło, że co poniektórzy zaczęli dygotać z przerażenia (ja też). Lunęła ściana deszczu i skończyła się sielanka, a zaczęła się szkoła przetrwania. Z minuty na minutę padało coraz mocniej, parasole nie zdawały swojej roli ponieważ podmuch wiatru był tak wielki, że wyginał nimi w każdą stronę. Jedna z moich koleżanek powiedziała : ” brakuje jeszcze tylko gradu…” I proszę jak chciała, tak dostała. Z nieba spadał grad wielkości grochu, do tego po niebie szalały błyskawice, które rozbijały się o szczyty gór, deszcze , wichura… a my na środku Dunajca. Istny Armagedon…
Z ręką na sercu przyznaję, że nigdy w życiu się tak nie bałam, przed oczami miałam całe swoje życie, bałam się, że nie dopłyniemy do celu i wydarzy się najgorsze. Siedziałam skulona w kulkę i trzęsłam się jak galaretka. Modliłam się, aby jak najszybciej dopłynąć do Szczawnicy. Dosłownie pięć minut przed końcem spływu przestało padać … wpłynęliśmy na teren gdzie wskoczyła polska sieć i dostałam smsa od męża: Jak już dopłyniesz na dół żywa, to napisz. U nas idzie burza, a Ty bidulko na Dunajcu pływasz. Zadzwoniłam i powiedziałam, że żyję, ale nigdy nie przeżyłam czegoś takiego jak dziś. Chyba nawet przestałam się już bać burzy, już nic mi nie straszne…
Szkoda, że ze spływu widziałam tylko dno tratwy, a nie piękne Pieniny, które były na wyciągnięcie mojej ręki, ale za parasolami i ścianą deszczu.




Na Twoim miejscu chyba bym zawału dostała! Dobrze, że cała i zdrowa dopłynęłaś do brzegu
Podejrzewam, że gdyby ten spływ trwał 10 minut dłużej to zawał murowany!
A to Ci przygoda… Ważne, że skończyła się dobrze 🙂
I żyje 🙂
Ja bym chyba na zawał zeszła. Boje się już samej burzy a co dopiero w takich warunkach.
Do tego dnia też bałam się burzy 🙂 teraz już się nie boje 🙂
No to przeszłaś chrzest bojowy 😉
I to jaki 🙂 no ale cóż w życiu trzeba spróbować wszystkiego 🙂
o rety….to prawdziwy pech, że akurat wtedy popsuła sie pogoda 🙁 Jednak przygoda jaką sbyła, szkoda tylko, że tyle strachu narobiła 🙂
Ze strachu to ja praktycznie narobiłam w majki :))
Ja bym chyba umarła ze strachu boję się burzy w domu, a co dopiero na tratwie na wodzie masakra